piątek, 11 października 2013

cudaczek

Aż wstyd mi się tu pokazać, po tak długiej nieobecności... Praca, studia, a czasem i też coś fajnego by się chciało porobić. 

Ale raz na jakiś czas, w oczekiwaniu aż przestanie padać i rowerem będzie można wybrać się do sklepu w celu nabycia produktów spożywczych i wina, o którym dobry cynk się dostało, że smaczne, coś napisać fajnie.

Takie właśnie momenty oczekiwania (trwające dziś cały dzień), kiedy będzie można wyjść suchą nogą na dwór, powodują, że na ramienu siada mi przedziwny cudaczek. Tak, jak w starej bajce dla dzieci, jest to cudaczek - wyśmiewaczek. I na szczęście w domu nie kręci się nikt, a też i mnie w miejscu publicznym nie ma, ponieważ w obecności ludzi, poirytowany cudaczek rozwija skrzydła. 

O nie, nie pokazuje się zaraz na początku znajomości, chytrus czeka, aż osoba znajoma stanie się bliską znajoma osobą i wtedy dopiero, pewien swej pozycji i zakrywający się niby żartem, zaczyna działać i robić fochy. Mistrzem jest focha!

I czasem wygląda właśnie tak: sam się zastanawiaj o co chodzi, a w tym czasie ja całe wytrąbię wino i na złość nic nie zostawię. 


A na relaks, proponuję


No i oczywiście podzielenie się jednak tym winem......

niedziela, 15 września 2013

podzielność uwagi

Dziś dzień cały w domu i tylko mentalnie mikropodróżuję po przestrzeniach odwiedzonych podczas słonecznych weekendów. I jednocześnie czytam lektury zadane na literaturę i słucham muzyki i szukam w internecie składanego roweru i myję podłogę i prasuję i ogarniam pracę domową i jutrzejszą pracę. 

A p. siedzi i gra albo szuka ze mną roweru albo słucha muzyki albo przygotowuje jedzenie albo zajmuje się zdjęciami albo ze mną rozmawia albo coś tam jeszcze innego. Gdyby albo zamienić mu na i, zupełnie by się zgubił.

Niezaleznie od miejsca, czasu i sytuacji...


niedziela, 8 września 2013

szybka winna cielęcina z szałwią bez pośpiechu

Ach, chciałam tu dziś napisać o zwalnianiu czasu weekendowego, o szybkim pędzeniu czasu w tygodniu. No ale przecież każdy ma swój kurek, którym tę prędkość do jakiegoś stopnia może regulować.

Ja lubię, jak mi czas w weekend pędzi powolutku. Jakiś ten mój czas wysportowany, bo nigdy się nie wlecze. Zawsze pędzi, tylko czasem troszkę wolniej, żeby przez weekend nabrać tchu na poniedziałkowy rozpęd. 

I nie ciągnę go mocno za podkoszulkę, bo po pierwsze nie chcę go zatrzymać, a po drugie na podkoszulce od ciągnięcia robią się 'cycki' materiałowe, co nie wygląda zbyt estetycznie, szczególnie, gdy znajduje się na plecach. Lubię go takim wysportowanym, przynajmiej nie dyszy mi nad uchem ze zmęczenia, co szczególnie w gorący i parny dzień, do przyjemności nie należy.

Czasem jednak chciałabym, by się zatrzymał. Akurat, gdy dzieje się coś fajnego, gdy siedzimy z przyjaciółmi w kuchni przy winie i smacznych rzeczach, gdy lecimy na rowerach w tajemniczą mikropodróż, gdy oglądam ostatni odcinek Dextera i wiem, że już nie będzie więcej.....

Wczoraj chciałam zatrzymać leniwie popołudniowy czas roladkami cielęcymi. Prawie mi się udało, ale wleciał do kuchni p. i .....
 
 


A przepis jest warty zatrzymania i konteplacji, następnie zrobienia i kontemplacji raz jeszcze, tym razem połączonej z degustacją. I gdyby nie pełna gęba, na pewno słychać by było dookoła zwiewne i delikatne westchnienia zachwytu. Ale pełnogębowe pomruki i delikatne beknięcia też są na miejscu.



Na cztery osoby, lub na dwie na dwa dni:

4 cienkie steki z cielęciny, jak ma się ochotę na mniejsze sztuku zawijańców, to można mięso przekroić na pół, wtedy będzie dla każdego po dwa małę
4 plastry szynki parmeńskiej
8 liści szałwi (może być więcej, smak będzie intensywniejszy)
200 ml białego wytrawnego wina
świerzo zmielony pieprz i sól
oliwa z oliwek

Mięso pieprzymy ze stron obu, i jeśli mamy ochotę, to solimy. Na każdym kawałku mięsa układamy plaster szynki i po dwa listki szałwii. Zawijamy i zabezpieczamy wykałaczkami. Na patelni rozgrzewamy oliwę (według uznania, ale conajmniej ze dwie łyżki) i smazymy zawijańce po 4 minuty z każdej strony na średnim ogniu. Zalewamy winem, możemy jeszcze ilka listków szałwii dorzucić, przykrywamy i dusimy 5 minut. Następnie zdejmujemy pokrywkę i smazymy kolejne 5 minut. 

Podajemy w swój własny kreatywny sposób, w zależności, na co mamy ochotę.

Wszystkim życzę powolnego delektowania się smakołykiem, wraz z łykiem wina (hmmm, napisałabym jakiego, ale kompletnie się nie znam...) lub piwa, może być też kompot czy po prostu woda.

sobota, 31 sierpnia 2013

łi, łi mesje...




łi, łi - w domyśle należy rozumieć 'mam pojęcie, o co mnie pytasz, ale nawet jeśli umiałbym w tym języku mówić, to ty przyjechałeś do mnie, więc sobie radź'

Więc sobie radziliśmy, trochę na migi, trochę na szybko nauczonymi słówkami, trochę uśmiechem, a jakąś część na pewno prostym odwróceniem się na pięcie i odejściem krokiem niespiesznym, sugerującym, że wcale nie jesteśmy speszeni i chętnie podjęlibyśmy piłeczkę konwersacji, ale akurat spóźnimy się trzydziestą czwartą minutę odpływu, która to przecież jest najpiękniejsza. Bez dwóch zdań.

Fakt, przy odpływie było na co popatrezć - łódki w dość karykatyralny sposób stawały na jednej nóżce, a te mniej wyćwiczone w utrzymywaniu równowagi lub leniwe, delikatnie kładły się na bok.



Podczas odpływu, bystrym oczom, niestety nie naszym, ukazywały się podwodne skarby w postaci różnego rodzaju muszli. Rano można je było pooglądać i zakupić na miejskim targu rybnym, albo w hali targowej. 

W takiej 'rynkowo-halowej' knajpce najlepiej smakuje też drugie śniadanie. A jeśli składa się z ostryg i białego wina, to cały dzień będzie udany. Żeby przedłużyć udaność dnia, zestaw taki można zjeść już na śniadanie i powtarzać w niezbyt długich odstępach czasu, raz po raz urozmaicając jakimś dodatkiem. 

Jeśli owoce morza się komuś znudzą, warto rozejrzeć się za naleśnikarnią. Wino zastąpić zimnym cydrem i lepiej troszkę wypić przed ujrzeniem naleśnika, którego zawartość i aspekt wizualny mogą przyprawić o palpitację serca. Oczywście z zachwytu i uniesienia. 








No i cóż, pozostaje jeszcze przespacerować się i wszystkimi zmysłami chłonąć wszystkie uroki Normandii i Bretanii. 

A jeśli uda się przespać na kempingu wśród bunkrów czy nadmorskich wydm, albo w XVII dworku, zwiedzić plaże desantowe i poświęcone tym wydarzeniom muzea, wysłuchać historii o Wilhelmie Zdobywcy, codziennie otwierać inną butelkę wina i dla zabawy mówić z francuskim akcentem, to mucha nie siada.



 
 





piątek, 9 sierpnia 2013

wakacje welcome to / holidays welcome to

Wakacje welcome to! tra la la la la la........ Prawie tak śpiewał kiedyś, a nawet i czasami jeszcze teraz Wodecki. 

I teraz nasza kolej jechać na wakacje.
Jak się okazuje, to wcale nie takie proste, ale damy radę.
Do zobaczenia pod koniec sierpnia!



Finally, it's our turn to go on holidays!
Apparently, it's not that easy, but we'll manage.
See you at the end of August!

A jeśli będzie internet, to zapraszam na FB! W planie nie ma turystycznie obleganych miejsc i gwiazdorskich deptaków, więc pewnie żadnych fajnych zdjęć z tyłem głowy Brada Pitta, czy butami Penelope Cruz nie będzie, ale coś tam może wskoczy...

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

mikropodróże / microtravels




Scroll for English

Czasem mamy niezmierną chęć pojechania gdzieś, wyrwania się choć na chwilę ze szponów codzienności (oczywiście dotyczy to tych osób, które w szponach takowych siedzą). 

My siedzimy czasem w takich szponach (bardzo wygodnie, w fotelu przy nowym odcinku Dextera), całkiem niepostrzeżenie nas złapią, zawiną dookoła swe długie pazury i jedynie miecz o bardzo ostrym ostrzu, czy też wiertarka pneumatyczna, są w stanie coś zdziałać. Szczególnie zimą. 



Niestety, na zimne szpony ciężej coś poradzić niż na ciepłe wiosenno - letnie.

W przedkilkutygodniowych Wysokich Obcasach przeczytałam ciekawy wywiad z podróżnikiem Alastairem Humphreysem, który promuje tzw. mikrowyprawy. Za każdym rogiem czai się przygoda, nieznane, chwila odpoczynku i spotkania z naturą. Świetny pomysł, aby wsiąść na rower, czy do samochodu, spakować śpiwór i ruszyć kilkanaście - kilkadziesiąt kilomentórw w bliskie nieznane.

A jeśli samemu trudno jest podjąć decyzję o takiej akrobacji, można zrobić to oczywiście zupełnie nieświadomie. Czyli tak, jak my, na długo przed zaznajomieniem się ze zjawiskiem mikrowypraw. 

Przepis na mikrowyprawę, która poprzez totalnie dużo ruchu wypruje z podróżnika wszystkie siły, dostarczając mu jednocześnie wiele niezapomnianych widoków i ogromny zapas endorfin:

Składniki:

- rower (jeden na osobę)
- zaproszenie na kolację do znajomych, których miejsce zamieszkania oddalone jest o conajmniej 25 kilometrów

Wykonanie:

Do znajomych wybieramy się rowerem i pociągiem. Rowerem dojeżdżamy do pociągu, wsiadamy w pociąg, taszcząc rower za sobą, następnie z pociągu udajemy sie rowerem na miejsce spotkania. Sprawdzamy, o której jest ostatni pociąg, następnie nie spóźniamy się na niego, mimo świetnego towarzystwa, pysznego jedzenia i wyśmienitego wina. 

To pan konduktor o minutę za szybko rusza z peronu.

Aby nie wyruszyć do domu zbyt wcześnie, przez conajmniej godzinę wydzwaniamy na kolejowe infolinie, domagając się wyjaśnień (aby nadać więcej smaczku, dobrze jest to robić w obcym, nie do końca świetnie opanowanym języku). 

Po czym, około drugiej w nocy ruszamy w naszą mikropodróż, nadrabiając około 20 kilometrów, gdyż ciemno i nie widać rowerowych kierunkowskazów. Gdy wreszcie trafiamy na dobrą drogę, najlepiej wzdłuż rzeki, gdy już trochę się rozwidni, oczom naszym ukazuje się piękno niedostępne zwykłemu śmiertelnikowi smacznie chrapiącemu w szponach codzienności. 


video 

Niestety, film nie oddaje spokoju, ciszy, zamglonej senności nadrzecznego poranka.

A o 6 rano zapadamy w błogi, beztroski sen. Następnie przy niedzielnej jajecznicy zastanawiamy się czy to wszystko naprawdę się zdarzyło...

po takiej mikrowyprawie zapraszam na wyprawę na fanpejdża FB :-)


Sometimes you really feel like escaping from the clutch of everyday life. It grabs you in it's talons and only a very sharp sword or a pneumatic drill can rescue you from it's grip.

Everyday life's grip can be as comfortable as sitting in an armchair and watching the next episode of Dexter. However, enough is enough (everyone decides for themselves).

Recently, I read an interesting interview with  Alastair Humphrey, a traveller who recommends making microtravels. Adventures are everywhere, also just behind the corner, thus the idea of grabbing a sleeping bag and some food, jumping on the bike or into the car and going several kilometers away into something new seems appealing. 

If you are reluctant to set off consciously, you can always start in an accidental way.
We made such an accidental microtravel not so long ago. Here is the recipe:

Ingredients:

- bikes (one for each participant)
- invitation for dinner to friends living at least 25 kilometres away from where you live

How to do it?

To visit your friends take your bike with you. It's handy to get by bike to the station and then to the friends' house. Check when the last train leaves. Be on time for the last train, despite delicious food, great company and wine. 

It is the train conductor who takes off a minute earlier...

Not to start your microtravel home too early, spend at least an hour calling train company in search for some advice (preferably, do it in a foreign lanuage you haven't yet mastered).

Then jump on the bike, and losing ways several times (due to the darkness) start the microtravel. Then, when it is getting brighter, you will see the amazing view, impossible to be seen by those sleeping sound in the grip of everyday life. 

(see the video above)

Then go to bed at 6 in the morning, and later that day, eating Sunday's scrumbled eggs, wander in the reverie wondering if all that had really happended.....

And after such a microtravel, I invite you to travel to a funpage on FB :-)


poniedziałek, 22 lipca 2013

tuned burgery i pogoda

“The sun rose slowly, as if it wasn't sure it was worth all the effort.” 

Terry Pratchett, The Light Fantastic


I najlepiej, gdyby stwierdziło, że nie warto i zostało sobie po tej drugiej stronie ziemi. Ale nie, jak na złość musiało wzejść i to o 5.30 i do tej pory siedzi na niebie i błyszczy i żarzy się i spływa tym żarem na dół.

- słońce więło mnie w niewolę, ruszam się jak mucha w smole.

Wakacje zaczęły się okropną słoneczną, bezchmurną i bezwietrzną pogodą. Jeszcze w zeszłym tgodniu za taką pogodę zjadłabym buraczki, w tym tygodniu, gdyby ktoś mi obiecał chwilę zimy, zaśpiewała bym z balkonu arię operową. Jeszcze 5 wakacyjnych tygodni, więc jest szansa, że pogoda się jeszcze popsuje. 



Bardzo holenderski to zwyczaj, taka o pogodzie rozmowa. W podręcznikach do nauku języka, w części kulturowej, dowiedzieć się można, iż zagajenie o pogodzie, to najlepszy sposób na rozpoczęcie rozmowy. Nie podają jednak wiadomości, iż dyskusja tak rozpoczęta na inne tematyczne tory nie schodzi i często zamienia się w monolog łącznie z wymienianiem dokładnych danych pogodowych z co najmniej otatnich dziesięciu lat.

Pogoda to jeden z ulubionych tematów wśród tubylców, a umiejętność odpowiedniego jej prowadzenia jest wielce ceniona, gdyż zapobiega niezręcznej ciszy, a także jest bezpieczna, przewidywalna i nie porusza tematów osobistych, przynajmniej dopóty, dopóki niezbyt wyedukowany w tej kwestii cudzoziemiec nie zada wielce osobistego, skomplikowanego i niejednoznacznego:

- a ty jaką najbardziej lubisz pogodę?

O nie, przecież nie można tak zdecydowanie obrać jakiejś strony! Szczególnie jeśli chodzi o zamiłowania pogodowe.

A jeśli zdarzy się gorąc taki jak dziś, kiedy to pod byle pretekstem otwiera się lodówkę, a lód  znika jak ciepłe bułeczki (no w tym akurat wypadku przeciwnie do ciepłych bułeczek, któe pewnie zalegają magazyny), nie ma nic przyjemniejszego niż piknik na świeżym powietrzu. 

PIKNIK ----> GRILL ---> BURGERY ---> TUNED BURGERY



Taki burger jest szybki do zrobienia, szybki do grilowania i szybki do jedzenia i pyszny.

Na kilka burgerów (6-8)

300 - 400 gram mielonego (my mieliśmy baranie)
50 - 70 gram startego parmezanu
pęczek mięty - listki drobno posiekane
5-6 pomidorów suszonych - drobno pokrojonych
sól morska świeżo zmielona
świeżo zmielony czarny pieprz

Wszystko mieszamy, wyklepujemy piękne, okrągłe i płaskie burgery. Rozpalamy grilla i smażymy burgery.

Jako dodatek, możemy podgrilować chlebki pita, bakłażany, paprykę, mango.... czy dodać coś świeżego: sałatę, awokado, pomidory... Czyli takie opcje, jak każdy lubi najbardziej.
Follow my blog with Bloglovin